Ryzyka zagrażające sektorowi kosmicznemu nie kończą się na rozbłyskach słonecznych, anomaliach, śmieciach kosmicznych i ryzykach cybernetycznych. Oprócz tego sektor kosmiczny mierzy się również z ryzykami wspólnymi dla całego globalnego przemysłu.
Oczywistym jest więc, że rozważając ryzyka sektora kosmicznego, nie można ignorować innych ryzyk niż ekstremalne, takich jak covid-19. Są to zmiany klimatyczne i zakłócenia technologiczne. Tylko w 2021 roku ludzkość doświadczyła takich zakłócających wydarzeń jak powodzie w Chinach i Niemczech, fale upałów w Kanadzie i USA, pożary w Australii, cyberataki ransomware na gazociąg Colonial. Wszystkie one generują więcej ryzyk i różne typy ryzyk i mogą potencjalnie rozwinąć się w Czarne Łabędzie. Chociaż ludzkość i biznes zawsze mierzyły się z ryzykami wynikającymi ze świata naturalnego i własnych zachowań, wydaje się, że weszliśmy w szczególnie intensywny okres turbulencji.
Sektor kosmiczny w starciu z nieznanym
Sektor kosmiczny zwykle kojarzy się z technologią najwyższej precyzji. Starty rakiet planowane są z dokładnością do sekund, satelity projektuje się z myślą o pracy w ekstremalnych warunkach, a każda misja poprzedzona jest wieloletnią analizą ryzyka. Można więc odnieść wrażenie, że jest to branża przygotowana praktycznie na wszystko.
Pandemia Covid-19 pokazała jednak coś znacznie bardziej złożonego. Okazało się, że nawet sektor przyzwyczajony do funkcjonowania w środowisku wysokiego ryzyka może zostać poważnie zakłócony przez wydarzenia całkowicie niezwiązane z samą przestrzenią kosmiczną. Problemy nie wynikały przecież z awarii satelitów czy niebezpieczeństw orbitalnych, lecz z zamkniętych fabryk, zerwanych łańcuchów dostaw, ograniczeń transportowych i niedoborów komponentów elektronicznych.
To właśnie w tym kontekście coraz częściej zaczęto mówić o zjawisku „Czarnego Łabędzia”.
Nieprzewidywalność jako problem współczesnego świata
Pojęcie Czarnego Łabędzia zostało spopularyzowane przez Nassim Nicholas Taleb i odnosi się do zdarzeń bardzo trudnych do przewidzenia, ale wywołujących ogromne konsekwencje gospodarcze i społeczne. Charakterystyczne jest przy tym to, że po fakcie wydarzenia takie wydają się zaskakująco logiczne i „oczywiste”. W retrospekcji łatwo odnaleźć sygnały ostrzegawcze, które wcześniej były ignorowane albo uznawane za mało istotne.
Analizując ryzyka Czarnego Łabędzia, nie można zapominać o takich okolicznościach jak zmiana klimatu, która choć już zakorzeniona w naszej świadomości, wydaje się zaskakiwać przemysł za każdym razem, gdy dane wydarzenie ma miejsce. W wyniku zmian klimatycznych liczba ekstremalnych zjawisk pogodowych i klimatycznych, w tym pożarów lasów, powodzi, susz czy fal upałów, jest zauważalnie częstsza i bardziej dotkliwa w wielu częściach świata. W konsekwencji prowadzi to do zwiększonego narażenia ludzi, jak również infrastruktury, na poważne zagrożenia. Na przykład tylko w 2021 roku podczas pandemii Covid-19 USA doświadczyły katastrofalnej fali upałów na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku, huraganu Ida oraz znacznie dłuższego sezonu pożarów lasów w Kalifornii. Szacuje się, że liczba katastrof w USA wzrosła z 2 do 3 rocznie w latach 80. do 22 wydarzeń w 2020 roku. Łączny koszt katastrof miliardowych w USA w latach 2017–2021 wyniósł 742,1 miliarda dolarów.
Pandemia stała się jednym z najczęściej przywoływanych przykładów takiego zjawiska. Jednocześnie wielu ekspertów zwraca uwagę, że sama możliwość globalnej epidemii wcale nie była całkowicie nieprzewidywalna. Ostrzeżenia pojawiały się od lat, jednak większość organizacji traktowała je jako mało prawdopodobne scenariusze, które nie wymagają realnego przygotowania.
I właśnie tutaj pojawia się bardzo niewygodne pytanie: gdzie kończy się rzeczywiście nieprzewidywalny „Czarny Łabędź”, a gdzie zaczyna zwykłe złe zarządzanie ryzykiem?
To rozróżnienie ma ogromne znaczenie, ponieważ po dużych kryzysach bardzo łatwo przypisać odpowiedzialność abstrakcyjnej „nieprzewidywalności”. W praktyce jednak część problemów wynika nie z samego pojawienia się zagrożenia, ale z wcześniejszego ignorowania sygnałów ostrzegawczych. Ryzyko pandemiczne, zakłócenia łańcuchów dostaw czy cyberataki nie pojawiły się przecież znikąd. O wielu z nich mówiło się od lat, jednak organizacje często uznawały je za zbyt mało prawdopodobne, by inwestować w kosztowne przygotowania.
W efekcie po kryzysie pojawia się naturalna pokusa, by każde niepowodzenie tłumaczyć „bezprecedensowym wydarzeniem”. To wygodne zarówno dla firm, jak i instytucji, ponieważ pozwala przesunąć odpowiedzialność z błędów organizacyjnych na siłę wyższą. Tymczasem w wielu przypadkach problemem okazuje się nie sam kryzys, lecz brak odporności organizacyjnej, nadmierna zależność od pojedynczych dostawców albo nieaktualizowane procedury zarządzania ryzykiem.
Kosmos jest bardziej „ziemski”, niż się wydaje
Choć eksploracja kosmosu kojarzy się z autonomicznymi technologiami i futurystycznymi rozwiązaniami, branża space pozostaje silnie uzależniona od funkcjonowania globalnej gospodarki. Produkcja satelitów wymaga dostępu do wyspecjalizowanych komponentów, zaawansowanej elektroniki, infrastruktury laboratoryjnej oraz międzynarodowych zespołów ekspertów. Nawet pojedyncze opóźnienia w dostawach mogą wpływać na harmonogram całych programów kosmicznych.
Pandemia uwidoczniła kruchość tych zależności. Zamknięcie zakładów produkcyjnych w jednym państwie mogło zatrzymać prace nad projektami realizowanymi tysiące kilometrów dalej. Problemy logistyczne utrudniały transport komponentów i przemieszczanie specjalistów, a ograniczona dostępność części elektronicznych wpływała na koszty oraz harmonogramy misji.
Wbrew pozorom nie były to problemy marginalne. Współczesny sektor kosmiczny działa w bardzo złożonym środowisku zależności technologicznych i ekonomicznych. Im bardziej globalny staje się rynek space, tym bardziej podatny jest również na globalne kryzysy.
Dlaczego tradycyjne modele ryzyka okazały się niewystarczające?
Klasyczne podejście do zarządzania ryzykiem opiera się zwykle na analizie dwóch elementów: prawdopodobieństwa wystąpienia zagrożenia oraz jego potencjalnych skutków.
W praktyce prowadzi to jednak do istotnego problemu. Jeżeli prawdopodobieństwo danego zdarzenia oceniane jest jako bardzo niskie, organizacje często automatycznie obniżają jego priorytet. W rezultacie scenariusze katastroficzne bywają ignorowane właśnie dlatego, że wydają się mało realistyczne.
Pandemia pokazała ograniczenia takiego podejścia. Wiele przedsiębiorstw posiadało formalne procedury zarządzania ryzykiem, ale nie były one przygotowane na sytuację jednoczesnego zakłócenia transportu, produkcji, rynku pracy i międzynarodowej współpracy. Zarządzanie ryzykiem często koncentrowało się na pojedynczych awariach technicznych lub lokalnych problemach operacyjnych, a nie na globalnych kryzysach systemowych.
W literaturze dotyczącej zarządzania ryzykiem coraz częściej pojawia się więc krytyka podejścia opartego wyłącznie na prawdopodobieństwie. Zamiast tego proponuje się podejście skoncentrowane na krytyczności skutków. Oznacza to większe skupienie na pytaniu: „co stanie się z organizacją, jeśli dane zdarzenie jednak wystąpi?”, nawet jeżeli jego prawdopodobieństwo wydaje się niewielkie.
Paradoks odporności sektora kosmicznego
Mimo licznych problemów sektor kosmiczny stosunkowo dobrze poradził sobie z kryzysem pandemicznym. Nie oznacza to oczywiście braku strat czy opóźnień, ale raczej zdolność branży do utrzymania ciągłości działania w wyjątkowo trudnych warunkach.
Paradoksalnie mogło to wynikać właśnie z faktu, że przemysł kosmiczny od początku swojego istnienia funkcjonuje w kulturze permanentnej niepewności. Misje kosmiczne są z natury projektami wysokiego ryzyka. Zakłada się w nich możliwość awarii, utraty komunikacji czy problemów technicznych, których nie da się całkowicie przewidzieć.
Dlatego sektor space od dekad rozwija procedury redundancji systemów, scenariusze awaryjne oraz modele probabilistyczne pozwalające analizować nawet bardzo mało prawdopodobne zdarzenia. Istotną rolę odgrywają również plany ciągłości działania (BCP) i procedury odzyskiwania po katastrofie (DRP), które mają umożliwić funkcjonowanie organizacji nawet w warunkach poważnych zakłóceń.
W praktyce oznacza to, że branża kosmiczna była kulturowo lepiej przygotowana do działania w warunkach kryzysu niż wiele innych sektorów gospodarki.
Ubezpieczenia i kontrakty jako narzędzia odporności
Interesującym elementem zarządzania ryzykiem w sektorze kosmicznym jest również rola rynku ubezpieczeniowego oraz specyficznych konstrukcji kontraktowych.
Branża kosmiczna od dawna korzysta z rozwiązań pozwalających rozdzielać ryzyko pomiędzy uczestników projektu. Typowe kontrakty kosmiczne zawierają wzajemne zrzeczenia odpowiedzialności, klauzule force majeure czy mechanizmy typu hold harmless, ograniczające możliwość dochodzenia roszczeń pomiędzy partnerami misji.
Takie rozwiązania powstały częściowo dlatego, że pełne przewidzenie wszystkich ryzyk związanych z działalnością kosmiczną jest praktycznie niemożliwe. W rezultacie sektor nauczył się funkcjonować w warunkach, w których całkowita eliminacja niepewności nie jest osiągalna.
Podobną rolę odgrywa rynek ubezpieczeniowy. Ubezpieczyciele od lat specjalizują się w analizowaniu zdarzeń katastroficznych i modelowaniu scenariuszy o niskim prawdopodobieństwie, ale bardzo wysokim wpływie. Pandemia pokazała jednak, że nawet oni mieli trudności z oszacowaniem skutków globalnego kryzysu systemowego. Szczególnie widoczne było to w sporach dotyczących ubezpieczeń przerwy w działalności, które często nie uwzględniały lockdownów czy zakłóceń wywołanych pandemią.
To właśnie wtedy szerzej zaczęto mówić o tzw. „silent risks” — ryzykach istniejących w praktyce, ale niewystarczająco uwzględnionych w modelach i polisach ubezpieczeniowych.
Świat permanentnych kryzysów
Wnioski płynące z doświadczeń pandemii wykraczają daleko poza sam sektor kosmiczny. Współczesna gospodarka staje się coraz bardziej zależna od globalnych sieci technologicznych, logistycznych i informacyjnych. Jednocześnie rośnie liczba zagrożeń o charakterze systemowym — od cyberataków i zmian klimatycznych po konflikty geopolityczne.
W takim środowisku coraz trudniej mówić o pojedynczych, odizolowanych kryzysach. Problemy mają tendencję do rozprzestrzeniania się pomiędzy sektorami i państwami, tworząc efekt domina. Właśnie dlatego odporność organizacyjna staje się dziś równie ważna jak sama efektywność technologiczna.
Być może najważniejszą lekcją, jaką można wyciągnąć z doświadczeń sektora kosmicznego, jest świadomość, że całkowite wyeliminowanie ryzyka nie jest możliwe. Znacznie ważniejsza okazuje się zdolność do szybkiego dostosowywania się do nowych warunków oraz budowania struktur zdolnych funkcjonować nawet w środowisku głębokiej niepewności.
A to oznacza również konieczność uczciwego rozliczania własnych błędów. Nie każdy kryzys jest bowiem prawdziwym Czarnym Łabędziem. Czasem jest po prostu konsekwencją zbyt optymistycznych założeń, ignorowania ostrzeżeń albo wiary, że świat pozostanie stabilny znacznie dłużej, niż pozwala na to rzeczywistość.
I właśnie dlatego branża, która na co dzień zajmuje się eksploracją kosmosu, może dziś dostarczać bardzo przyziemnej, ale niezwykle aktualnej lekcji o tym, jak funkcjonować w świecie coraz częstszych Czarnych Łabędzi.
Opracowanie naukowe: Katarzyna Malinowska, Kaja Hopej, Michał Szwajewski
Opracowanie naukowe: Managing Black Swan Risk In The Space Sector – Observations From Lessons Learned Based On Insurance And Contract Practice