Czy słynni projektanci „czują na plecach” oddech AI? Jak niepokoje współczesnego świata przekładają się na modę? Kogo najbardziej chcieliby „ubierać” Ilona Majer i Rafał Michalak tworzący markę MMC?
Odpowiedzi na te i wiele innych pytań w wyjątkowej rozmowie specjalnie dla portalu futurefestival.pl!
Spotykamy się jakiś czas po premierze Waszej najnowszej kolekcji „Nero su Nero”.
Zacznijmy zatem klasycznie – od rozmowy o Waszych inspiracjach. Dlaczego właśnie teraz zdecydowaliście się na tak radykalny krok – kolekcję bazującą na jednym kolorze? Czy to wynik poszukiwania harmonii i spokoju w świecie, który wydaje się coraz bardziej chaotyczny?
Ilona Majer: Muszę przyznać, że dla nas w sensie projektowym nie była to rewolucja, choć w przestrzeni publicznej tak to mogło zostać odebrane. Podobny pomysł zrealizowaliśmy już kilka lat wcześniej i wtedy rzeczywiście był to dla nas przełom – zarówno w naszych głowach, jak i w odbiorze widzów, którzy postrzegali to jako coś niespotykanego. Czerń daje niesamowitą przestrzeń do realizowania się w konstrukcji. Pozwala budować sylwetkę formą, a nie tylko samą materią.
Rafał Michalak: Czerń czerni nierówna. Szukanie niuansów tkanin, które ze sobą współgrają – zestawianie matu z błyskiem, lekkości z ciężkością – jest niesamowicie pociągające. Czerń inaczej prezentuje się w jedwabnej satynie, a zupełnie inaczej w wełnie, alpace czy kaszmirze. Ma miliony odsłon. To wyzwanie: jeśli nie masz do dyspozycji koloru, musisz iść w formę i fakturę.
Ilona Majer: Sam pomysł osadzenia tej kolekcji w głębokiej czerni wynikał też z estetyki pokazu. Prezentowaliśmy ją w białej, rozświetlonej przestrzeni, przy świetle dziennym. Ta czerń miała być radykalnym kontrastem dla otoczenia.
A skąd pomysł na nazwę kolekcji: „Nero su Nero”?
Rafał Michalak: Tytuł pojawił się później, gdy wizja kolekcji była już gotowa. Ta nazwa bardzo dobrze nam się kojarzyła, bo tak nazywała się włoska fabryka tkanin, którą uwielbialiśmy. Niestety już nie istnieje, została wykupiona przez większy koncern i jej unikalny charakter zniknął. Znajdowała się w okolicach Como, na północy Włoch, i oferowała według nas najpiękniejsze materiały. To nazwa sentymentalna, sprzed ponad dekady, która idealnie pasowała do magicznego charakteru tej czerni.
Wcześniej było „Messy” – sporo koloru, nawet róż. Co siedzi w głowach twórców, kiedy tak przeskakują między biegunami?
Rafał Michalak: U nas bardzo często to jest po prostu impuls. Ja w ogóle nie lubię, i Ilona chyba też, dopasowywać niesamowitej teorii do mody, dorabiać ideologii.
Ilona Majer: Ale to nie bierze się z niczego! Nasze poszukiwania wynikają z tego, że czegoś dotykamy, podróżujemy, coś nas zaintryguje. „Messy” towarzyszyła idea, że proces twórczy jest zawsze jakimś nieokiełznanym bałaganem. Pytanie brzmi: czy go uporządkujesz w stu procentach, czy wiesz, kiedy się zatrzymać i to „nieuporządkowanie” zostawić jako efekt finalny? Teraz pracujemy nad nową kolekcją na maj. Po „czarnym” pokazie, który miał rewelacyjne recenzje, wielu recenzentów mówi, że przebiliśmy wszystko. I to jest dopiero stres!
Rafał Michalak: Co roku słyszymy, że to był nasz najlepszy pokaz, a potem zaczyna się stres. Trzeba będzie pokazać coś zupełnie innego niż ta minimalistyczna czerń.
Przy Waszej renomie to wy narzucacie trendy czy jednak się nimi sugerujecie?
Rafał Michalak: My się w ogóle nie przejmujemy trendami! One do nas docierają, ale…
Ilona Majer: Przepraszam, że ci przerwę, bo ty zawsze tak mówisz, a ja uważam, że musimy się nimi przejmować! Tylko że wypracowaliśmy już pewną pozycję. Mamy swoje rozwiązania, które powstały w naszych umysłach przez lata. Nasza sylwetka jest rozpoznawalna. Jesteśmy marką z silnym rysem charakterologicznym. Pewne elementy są u nas „core’owe” i one się nie zmieniają, a oprócz tego zawsze jest jakiś powiew świeżości. Nie ma kolekcji bez trendów.
Rafał Michalak: Ale nie jest tak, że modny jest dany kolor i my musimy go mieć. Wpisujemy się w nastroje społeczne nieświadomie. Bardzo dużo podróżujemy, oglądamy sztukę. Ostatnie Biennale w Wenecji wywołało w nas wielki niepokój. Bardzo dużo wystaw niosło poczucie zagrożenia. Fundacja Prada zrobiła wystawę w pięknym pałacu, który w środku był totalnie zdemolowany. Wyglądało to tak, jak możemy się czuć po wojnie. To w tobie zostaje.
Ten lęk przed wojną jest widoczny. Jak on na Was wpływa?
Rafał Michalak: Budzi niepokój, nie da się ukryć. Niedawno wyciągnąłem ze skrzynki broszurę o tym, jak się przygotować na wypadek wojny – jak spakować plecak, jakie zrobić zapasy. To robi wrażenie. Przyznam, że ostatnio kupiłem radio na korbę odbierające na falach długich, mocny powerbank. Choć – jak wspomniałem – staramy się nie dorabiać do mody wielkiej ideologii, to jednak otaczający nas świat na nas wpływa.
Ilona Majer: Ja mam na to chyba silny mechanizm wyparcia – przyznaję, że nawet nie zaglądam do skrzynki na listy. Ale projektując, nie da się uniknąć pewnych skojarzeń. W „Nero su Nero” mamy wiele mocnych, wręcz „mundurowych” sylwetek. Jednak zawsze staramy się to przełamać – dodajemy elementy frywolne, jak kokardy czy detale inspirowane modą dworską, by nie być zbyt dosłownym w interpretacji rzeczywistości.
Czy sztuczna inteligencja zaczęła już rzutować na waszą twórczość?
Rafał Michalak: Na samą twórczość chyba nie, bo nie używamy tego narzędzia. Myślę, że to może być świetne wsparcie prosprzedażowe. Wybiegu AI nie zastąpi, ale lookbooki? Są firmy, które już to robią.
Ilona Majer: A ja uważam, że rewolucja AI wywoła odwrotny trend – rzemiosło powróci. Ci, którzy chcą tanio wyprodukować, pójdą w AI, ale trendy na najbliższy rok są takie, że świadomie neguje się wytwory sztucznej inteligencji. Choć jako narzędzie wspomagające może być wspaniałe. Na Instagramie widzę konta, które robią niebywałe rzeczy, ale za tym stoi idea człowieka. Ktoś tym steruje.
Skoro nawiązałaś do mediów społecznościowych… Spotykacie się z hejtem w sieci? Moda bywa polem bitwy.
Ilona Majer: Jesteśmy szczęściarzami, bo obserwują nas ludzie realnie zainteresowani tym, co robimy.
Rafał Michalak: Ale bywają sytuacje – szczególnie przy doborze gwiazd do naszych pokazów – które część publiczności uznaje za prowokację. Żyją tym później portale plotkarskie. Nie zaglądamy tam jednak, to nie jest zdrowe. Oczywiście za prowokacyjne uznawane bywają też poszczególne elementy naszych pokazów. Choćby mężczyźni o dosyć androgenicznym typie urody, prezentujący sukienki.
Prowokujecie celowo?
Rafał Michalak: Nie, to jest nasze działanie artystyczne! Ta androgeniczna uroda jest atutem, bo pokazuje, że granica między płciami w ubraniach się zaciera. Jesteśmy jednak przede wszystkim praktyczni. Interesuje nas typ urody pasujący do kolekcji. Przy „Nero su Nero” postawiliśmy na typowo damski casting, bez celebrytów na wybiegu. Chcieliśmy, by wybrzmiała tylko moda.
Ilona Majer: Pokaz to spektakl o ludziach. My zawsze robimy castingi, bo mamy jakąś ideę. Modę trzeba umieć nosić. Nasza nie jest łatwa, to nie są proste rozwiązania i nie każdy to „uniesie”. Jesteśmy pracoholikami i skupiamy się na rzemiośle, a nie na wywoływaniu skandali dla samej kontrowersji. To, że nasza moda jest czasem nieoczywista, wynika z procesu twórczego, a nie z kalkulacji marketingowej.
Widzicie dużą różnicę między tym światem, w którym zaczynaliście karierę, a światem współczesnym?
Rafał Michalak: Różnice są kolosalne. My jesteśmy pokoleniem z kompleksem Zachodu. Maturę robiliśmy w 1989 roku, w momencie przełomu. Byliśmy spragnieni tamtego świata, kolorów, wolności. Pamiętam, jak jeździliśmy autokarem dwie doby do Paryża, bo nie było nas stać na samolot. Dzisiejsze pokolenie tych kompleksów nie ma. Lot do stolicy Francji to dla nich żaden problem, nie mają bariery językowej, dorastali w świecie, gdzie wszystko jest dostępne na kliknięcie.
Ilona Majer: Nowe pokolenie jest też znacznie bardziej otwarte. Moda się zdemokratyzowała. Kiedyś polska moda projektancka była niemal niedostępna, a dziś klientki same jej poszukują.
Zdarza się Wam „złapać” kogoś w Waszych rzeczach na ulicy?
Rafał Michalak: O tak, i to jest bardzo miłe! Ja jestem charakterystyczny, więc ludzie mnie rozpoznają. Ostatnio w sklepie podszedłem do pani w naszej kurtce. Było jej bardzo miło. Powiedziała, że to jej trzecia nasza kurtka. My nie jesteśmy celebrytami, ale takie momenty dają kopa.
Macie czasem dość tych kurtek? To jednak wasza największa „metka”.
Ilona Majer: Ja nie mam dość. Uważam, że nasza kurtka symboliczna jest wyjątkowa. Jej krój jest efektem myślenia o konstrukcji. Moim marzeniem jest, by wybrzmiała na całym świecie.
Rafał Michalak: W tym roku celebrujemy 10-lecie prezentacji naszej pierwszej puchówki. Nazwaliśmy ją „Jesso” na cześć Jessiki Mercedes, bo ona założyła ją jako jedna z pierwszych znanych postaci. Zabrała ją na New York Fashion Week i amerykański „Vogue” wybrał jej strój „lookiem” dnia. Czasem mamy pretensje do dziennikarzy, że kojarzą nas tylko z kurtką, a my robimy przecież wszystko, ale to jest nasz symbol i najlepiej sprzedający się produkt od lat.
Z czego chcielibyście zostać zapamiętani, kiedy już – za długie lata – skończycie karierę artystyczną?
Rafał Michalak: Chcielibyśmy być kojarzeni z własnym, rozpoznawalnym stylem. Tak jak Chanel wyzwoliła kobiety z gorsetu, my czujemy, że wprowadziliśmy do polskiej mody oversize i odważną formę, która nie boi się eksperymentu.
Ilona Majer: Pierwsi zrewolucjonizowaliśmy polską modę, sięgając po oversize. Cała nasza przygoda zaczęła się od wywracania konwencji do góry nogami. Płaszcze, które kiedyś były casualowe, my wprowadziliśmy na czerwone dywany.
A kto jest waszym wymarzonym modelem, modelką? Macie jakąś niezdobytą ikonę?
Rafał Michalak: Tilda Swinton! Jest niesamowita, absolutnie nie dla każdego. Ona sama jest modowym performance’em. Widzieliśmy ją w Poznaniu, gdy miała na sobie rzeczy z filmów Pasoliniego. Wyglądała genialnie. Nie patrzyło się na ubrania, tylko na nią.
Ilona Majer: A z Polek nigdy nie pracowaliśmy z Małgosią Belą i to jest nasze wielkie marzenie.