O odczuwaniu muzyki, obrazach związanych z jej tworzeniem, uczuciach przelanych w kompozycje, duszy w muzyce przejawiającej się poprzez ludzkie błędy i niedociągnięcia, AI zalewającej rynek pop, intymnych występach na żywo i niszowej sztuce opowiada Olga Markowska.
Bartosz Filipowicz: Kim jesteś i czym się zajmujesz?
Olga Markowska: Zajmuję się wieloma dziedzinami sztuki, ale przede wszystkim muzyką. Ukończyłam pierwszy i drugi stopień szkoły muzycznej, zrezygnowałam jednak z dalszego kształcenia w Akademii Muzycznej.
Zdecydowałam się na studia na Akademii Sztuk Pięknych, ukończyłam wydział intermediów, uczestniczyłam też w fakultetach z rzeźby.
Muzyka towarzyszyła mi jednak zawsze. Studia artystyczne były pewnego rodzaju dystansem od tego, co wypracowałam przez około dwanaście lat nauki gry na wiolonczeli. Pozwoliły mi podejść do instrumentu zupełnie inaczej, zacząć grać bardziej intuicyjnie, określić, o czym i jak chcę pisać muzykę, przy zachowaniu całej wiedzy zdobytej podczas klasycznego kształcenia.

Czyli chyba nie lubisz, kiedy ktoś na siłę wtłacza Cię w muzyczne ramy, skoro tak szeroko szukałaś własnej drogi?
Zawsze ciężko było mi się określić, bo moja tożsamość artystyczna jest bardzo złożona. Muzyka jest mi jednak zdecydowanie najbliższa, to moje pierwsze i najważniejsze medium, najważniejszy środek wyrazu.
Będąc artystką interdyscyplinarną, czy dostrzegasz różnicę w swoim spojrzeniu na muzykę przez pryzmat innych dyscyplin, którymi się zajmujesz? Czy postrzegasz muzykę inaczej niż inni muzycy?
Kiedy tworzę sztukę wizualną i wystawiam ją w różnych miejscach, staram się dostosować do zastanej przestrzeni i wykorzystać jej w maksymalny sposób. Lubię poznawać przestrzeń, sprawdzać, co działo się w niej wcześniej i jak oddziałuje na to, co chcę w niej umieścić. Ta świadomość daje mojej twórczości muzycznej bardzo dużo powietrza. Stawiam na otwartą formę i staram się wypełnić dźwiękiem przestrzeń, w której się znajduję.
To jest bardzo uwalniające i daje ogromne pole do improwizacji, która jest niezwykle ważna w moim procesie twórczym. Oczywiście, lubię mieć strukturę, lubię zapisać partyturę, to daje mi punkt wyjścia. Mając tą podstawę, jestem w stanie się od niej odbić.
Słychać to zresztą w twoich utworach i na nowej płycie. Jest bardzo filmowa, jak soundtrack do niezrealizowanego filmu Tarkowskiego albo Bergmana. Czy tworzysz muzykę przez pryzmat obrazów?
Bardzo często. Muzyka jest dla mnie dopełnieniem obrazów, o których myślę. Bardzo często piszę utwory w oparciu o historie, które usłyszałam — najczęściej rodzinne albo własne doświadczenia, które z upływem czasu nabierają wymiaru pewnego rodzaju legend. Każde wspomnienie z czasem się zaciera i zostają tylko jego atomy, które budzą bardzo konkretne uczucia. Jednocześnie te uczucia są trudne do zwerbalizowania — opisanie ich za pomocą dźwięku jest najskuteczniejsze. To bez wątpienia muzyka ilustracyjna i nie uciekam od tego. Myślę, że mam to po prostu w naturze.
A chcesz od tego uciekać?
Nie. Jestem zwolenniczką działania czasu na pewne decyzje i staram się niczego nie przyspieszać ani nie forsować, wiem, że to nie jest dobre wyjście. Zrozumiałam to po latach studiowania. Kiedy zaczynałam, pracowałam bardzo intuicyjnie. Później nauczyłam się uzasadniać swoje działania, pojawiła się bardziej merytoryczna strona twórczości.
Musiałam przejść z dziecięcej spontaniczności do świadomej i dojrzałej twórczości. To była dla mnie bardzo ważna lekcja.
Pracując nad kolejnym materiałem, wychodzę z założenia, że wszystko musi mieć swój czas i swoje miejsce. Nie jestem zwolenniczką robienia czegoś tylko po to, żeby ktoś o mnie nie zapomniał, bo nie o to w tym wszystkim chodzi.
To bardzo widać w twoich teledyskach, na przykład „Heart is an Eye”. To zwarta, plastyczna, choć dość smutna i przytłaczająca opowieść. Wygląda tak, jakbyś miała już gotową wizję i po prostu przełożyła ją na obraz. O czym jest ten teledysk? Czy również wyrasta z rodzinnych historii i mitów, czy stoi za nim inna opowieść?
To historia o pożegnaniu z miejscem, w którym się wychowywałam i spędziłam całe dzieciństwo. Kojarzy mi się przede wszystkim z dziadkami, szczególnie z babcią, która zmarła trzy lata temu i z którą byłam bardzo związana.
Od tamtej pory to miejsce praktycznie się nie zmieniło. Zawsze kojarzyło mi się z poczuciem bezpieczeństwa i przez długi czas wyobrażałam sobie, że będzie istnieć wiecznie. Potrzeba miłości i bezpieczeństwa sprawiała, że wypierałam rzeczywistość, przemijanie. Dopiero kiedy bardzo blisko zetknęłam się ze śmiercią i wracałam do tego miejsca, poczułam, że potrzebuję się z nim pożegnać. Tym bardziej że mieszkanie miało przejść remont, wiedziałam, że to ostatni moment.
Wszystkie czynności wykonywane w teledysku były okupione ogromnym emocjonalnym bólem.
To zresztą widać.
To było niesamowicie trudne, ale też niezwykle ważne, bo właśnie o tym jest ten utwór. Od początku wiedziałam, że chcę tę historię domknąć. Po prostu pewnego dnia zabraliśmy sprzęt, pojechaliśmy tam i spędziliśmy dwa dni w tym mieszkaniu.
Chciałam też, abstrahując od własnych doświadczeń, pokazać coś uniwersalnego. Wszyscy przechodzimy przez pożegnania w bardzo podobny sposób. To, że trudno nam się pogodzić ze stratą, jest czymś naturalnym, zwłaszcza jeśli bardzo kochaliśmy daną osobę albo jakieś miejsce kojarzy nam się z bezpieczeństwem i dobrem. Poczułam, że dzięki temu mogę wyciągnąć rękę do osób, które przeżywają coś podobnego.
To naprawdę wybrzmiewa. Ja sam poczułem ogromną tęsknotę i smutek, nawet nie znając całej historii stojącej za tym utworem. Teraz, kiedy ją usłyszałem, działa to jeszcze mocniej. A wracając do rzeczy z przeszłości – jak wspominasz początki w Teufelsbergu? Przesłuchałem ten projekt i brzmi bardzo surowo, miejscami wręcz brudno. Czy już wtedy miałaś wizję własnego brzmienia? Czy może jako artystka dopiero z czasem odkryłaś, co jest Twoim językiem?
W tym wypadku muszę trochę cofnąć się w czasie.
Otrzymałam bardzo szeroką edukację muzyczną od taty. Słucha rocka progresywnego, metalu, ale też muzyki klasycznej i shoegaze’u. Dorastałam w tym wszystkim. Później sama słuchałam dużo metalu i punku. Od początku wiedziałam, że nie chcę, żeby moje brzmienie było idealne. Zawsze byłam otwarta na błędy, przydźwięki, niedoskonałości, nigdy nie uważałam ich za coś złego, wręcz przeciwnie. Dźwięki wynikające z fizycznego kontaktu z instrumentem, z nacisku ciała, są dla mnie niezwykle ważne. To bardzo wisceralna część grania i miałam to w sobie od początku.
Jeszcze przed Teufelsberg pisałam dużo własnej muzyki, ale wszystko trafiało do szuflady. Miałam stary komputer, wiele rzeczy nagrywałam na taśmy, najczęściej nocami, w ciągu dnia byłam na uczelni albo w pracy. To wszystko było trzeszczące, brudne, pełne dziwnych dźwięków wybijających się z pięknych motywów harmonicznych. Dla mnie całkowicie naturalne.
Później pojawił się zespół i było to prawdziwe zderzenie charakterów. Wojtek, z którym grałam, zajmował się głównie muzyką elektroniczną, ja miałam wtedy okres intensywnej nauki gry na cytrze. Kiedy zetknęliśmy brzmienie liry z brzmieniem cytry, uznaliśmy, że to połączenie ma ogromny potencjał i rzeczywiście go eksplorowaliśmy.
W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Wojtek wyprowadził się z Polski, projekt coraz trudniej było rozwijać, a w końcu po prostu się zatrzymał. Jesteśmy bardzo różnymi osobami, takie zderzenie bywa niezwykle inspirujące, ale działa tylko przez określony czas. Czasami jedno muzyczne spotkanie pozwala odkryć coś nowego o sobie, a później jego czas po prostu mija.
Traktuję Teufelsberg jako bardzo ważny etap. Otworzył mnie na wiele rzeczy, wtedy zaczęłam znowu występować przed ludźmi, tylko tym razem z własnym repertuarem. To był ogromny krok naprzód, jednocześnie wiem, że ten etap musiał się zakończyć.

Sam jestem zwolennikiem ludzkiego podejścia do muzyki — tych trzeszczących akordów, zagadek, brudu, który towarzyszy tworzeniu i poszukiwaniu. To jednak od razu prowadzi mnie do tematu, który jest dziś bardzo aktualny, czyli sztucznej inteligencji w muzyce. Czy ludzki dotyk będzie potrzebny w najbliższych latach, w perspektywie zalewu treści generowanych przez AI?
Myślę, że tak, bez dwóch zdań.
To chyba właśnie ta cała nieuchwytna dusza muzyki. Trudno ją zdefiniować, ale bardzo łatwo wyczuć.
Mam wrażenie, że to działa bardziej na poziomie podskórnym. Po prostu słyszymy, kiedy coś stworzył człowiek.
A co z możliwościami jakie daje AI, czy pchnie ona artystów do przesuwania granic muzyki? Trochę tak, jak kiedyś było z oscylatorami i syntezatorami. Na początku były czymś prostym, a później stały się podstawą rzeszy nowych gatunków muzycznych. Czy widzisz tutaj przestrzeń do eksploracji?
Zastanawiam się przede wszystkim, jak mogłoby to wyglądać w praktyce. Nie jestem specjalistką od sztucznej inteligencji, ale ciekawi mnie, na ile będzie ona w stanie pozwalać sobie na błąd. Jeśli mamy do czynienia z narzędziem, które nieustannie się uczy i może stać się niemal nieomylne, trudno będzie je wytrącić z przewidywalnych schematów.
A błąd jest przecież czymś, co często otwiera nowe ścieżki poszukiwań.
Tak. Błąd, przypadek, nieprzewidywalność to wszystko jest niezwykle ważne. Wystarczy spojrzeć na naturę. Nawet w ogrodzie przycinanie pewnych elementów powoduje wzrost nowych, coś się traci, ale jednocześnie pojawia się coś nowego.
Jeśli chodzi o AI, osobiście nie chciałabym tego kierunku w muzyce. Nie bardzo wiem, jak można twórczo wykorzystać coś, co jest uczone właśnie po to, żeby nie popełniać błędów.
I co przede wszystkim ma naśladować istniejące rzeczy.
Dokładnie. Według mnie to wymyka się samemu pojęciu tworzenia.
Bo czym innym jest przewidywanie, a czym innym proces twórczy.
Tak. Proces twórczy to w istocie seria wypadków, decyzji i ich konsekwencji.
Czasami wydarza się coś zupełnie nieoczekiwanego. Trzeba się z tym przespać, wrócić następnego dnia i dopiero wtedy odkryć, że kryje się w tym potencjał. Dlatego wydaje mi się, że sztuczna inteligencja, nawet jeśli miałaby wspierać proces twórczy, odbiera mu coś bardzo istotnego: właśnie ten element przypadku i błędu.
Zmieńmy temat. Czy inaczej komponuje się muzykę samą w sobie, a inaczej do filmu? Czym różni się praca nad muzyką do konkretnego obrazu? Pytam, bo skomponowałaś muzykę na przykład do filmu Koka.
Bardzo lubię takie projekty, przede wszystkim dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi. Kiedy tworzę muzykę do filmu, muszę spotkać się z reżyserem i porozmawiać o koncepcji, zastanowić się wspólnie, co ta muzyka ma zrobić, co podkreślić, a co ukryć. To przedsięwzięcie oparte na dialogu. Dostaję wskazówki, które pomagają mi oddać to, co reżyser chce przekazać obrazem. Jednocześnie sama muszę ten obraz poczuć i znaleźć z nim własną relację.
Bardzo interesuje mnie to, co czuje drugi człowiek. Rozmowa z kimś, kto ma konkretną wizję, pozwala mi budować własną wizję muzyczną. Zawsze staram się drążyć i zadawać kolejne pytania. Chcę zrozumieć jak najwięcej.
To trudna, ale bardzo satysfakcjonująca praca.
Czyli można powiedzieć, że współodczuwanie jest tutaj ważnym aspektem tworzenia?
Zdecydowanie. To trochę wchodzenie w cudze buty. Emocje obecne na ekranie filtruję przez własne doświadczenia, bo inaczej się nie da, tak działa człowiek. Niektóre z nich odczuwam od razu bardzo mocno. Do innych muszę się dokopać w sobie, żeby móc je trafnie nazwać i przełożyć na muzykę. To niezwykła podróż. Przy takim sposobie pracy wychodzi się bogatszym, mądrzejszym i bardziej świadomym tego, co się chce robić.

Olga Tokarczuk powiedziała niedawno, że jedną z największych chorób naszych czasów jest dosłowność w sztuce. Co o tym sądzisz jako artystka, która raczej nie podaje wykłada swojego konceptu wprost, tylko porusza się gdzieś pomiędzy niedopowiedzeniami?
To zależy od człowieka i od tego, czego potrzebuje. Są ludzie, na których dosłowność działa bardzo mocno. Są też tacy, którzy wolą niedopowiedzenia, otwartą formę, więcej przestrzeni między dziełem a odbiorcą. Nie nazwałabym dosłowności wadą. Sama jej nie preferuję, ale nie można jej wykluczać, nie wszyscy czytamy między wierszami, nie wszyscy potrafimy myśleć abstrakcyjnie i to jest całkowicie w porządku.
Jeśli chodzi o moją twórczość, dobrze czuję się w braku dosłowności. W życiu codziennym komunikuję się bardzo konkretnie, potrafię jasno wyrażać myśli, uzasadniać decyzje. W sztuce staram się tego nie robić, między innymi dlatego, że chcę, żeby to, co tworzę, miało bardziej uniwersalny charakter.
Gdybym wykładała wszystkie emocje na stół i tłumaczyła, jak interpretować moją twórczość, byłaby to dla mnie porażka. Zależy mi, żeby każdy odbierał te rzeczy na własny sposób. Oczywiście wszystko ma określony nastrój, pojawiają się tropy, skojarzenia, obrazy, pewna mapa znaczeń. Natomiast narzucanie odbiorcy własnej wizji świata nie wydaje mi się czymś dobrym.
Zwłaszcza że bardzo często odbiorcy interpretują dzieła zupełnie inaczej, niż zakładał ich twórca.
Zdecydowanie. Każdy z nas ma inne doświadczenia, inne życie, inne środowisko. Jesteśmy różni i to jest całkowicie naturalne, dlatego nie mam potrzeby przekonywania kogokolwiek do własnych interpretacji. Myślę, że brak takiej potrzeby jest zdrowy.
Mam pytanie o koncerty. W dzisiejszych czasach występy na żywo często kojarzą się z ogromną ekspresją, widowiskiem i niemal ekshibicjonistycznym uzewnętrznianiem emocji. Kiedy oglądałem nagrania twoich koncertów, miałem zupełnie inne wrażenie. Wyglądało to bardziej jak introwertyczna opowieść. Dobrze to odczytałem?
Chyba tak.
Bardzo stresuję się przed występami, gram od ósmego roku życia i nic się pod tym względem nie zmieniło. Mam trzydzieści trzy lata i nadal przed każdym koncertem umieram ze stresu.
Kiedy jednak wychodzę na scenę i zaczynam grać, zamykam się w tym świecie i jest mi w nim dobrze. Mam poczucie, że jestem tylko pośrednikiem, wydobywam dźwięk i przekazuję go dalej.
To połączenie głowy, serca i ręki. Nie mam potrzeby tworzenia wielkiego scenicznego spektaklu. Wizualizacje, światło traktuję jako dodatek. Wolę opowiedzieć wszystko samym dźwiękiem.
Lubię prowadzić słuchacza przez długą historię rozgrywającą się przez cały koncert. Gram bez przerw, a emocje mieszają się ze sobą, melancholia, gniew, ekscytacja.
To przypomina mi zespoły (np. Osjan), które nie potrzebują żadnych efektów wizualnych ani wielkiego show. Sama muzyka wywołuje tak silne emocje, że wystarcza odbiorcy.
W tym widzę ogromną wartość , zwłaszcza dziś, kiedy koncert potrafi przytłoczyć samą ilością bodźców.
Jednym z tych, które wspominam najcieplej, był występ PJ Harvey w warszawskim Palladium. To było prawdziwe doświadczenie. Dla mnie to artystka absolutna, wie, o czym mówi i śpiewa, ale przede wszystkim wie, kim jest. Dziś nie jest to wcale takie oczywiste.
Teraz trochę z innej beczki – jesteśmy obecnie w środku bardzo gorącej dyskusji dotyczącej wsparcia socjalnego dla artystów. Pojawia się wiele głosów mówiących, że jeśli ktoś tworzy niszową muzykę i nie potrafi się z niej utrzymać, to sam jest sobie winny. Dlatego przewrotnie chciałbym zapytać – dlaczego właściwie potrzebujemy niszowych artystów? Po co są nam twórcy, którzy nie wpisują się w główny, popkulturowy nurt?
Niszowi twórcy uczą nas szukać muzyki poza utartymi ścieżkami, odkrywać, słuchać inaczej, sięgać po emocje, których nie znajdziemy w mainstreamie. To jest potrzebne.
Scena niszowa tętni talentem. Ludzie, którzy na niej działają, chcą się dzielić i zasługują na uwagę oraz przestrzeń.
Zwłaszcza dziś, w świecie algorytmów, które nieustannie podsuwają nam rzeczy zgodne z naszym gustem, światopoglądem. Kontakt z czymś spoza własnej bańki często wywołuje dyskomfort, ale właśnie dzięki temu jest cenny.
Dobrze jest poszerzać swoje horyzonty.
Muzyka spoza głównego nurtu otwiera człowieka, na siebie i na świat. Pozwala zrozumieć, co nas porusza, czego szukamy, dokąd chcemy podążać.
