Wycieczka w nieznane. Recenzja płyty Alabaster dePlume – Copernicus

Wycieczka w nieznane. Recenzja płyty Alabaster dePlume – Copernicus

Dla tych co muszą nadać muzyce jakąś etykietkę, można nazwać to jazzem. Ale zrobić to można tylko z ciężkim sercem, bo ciężko zaszufladkować tak oryginalny, nietuzinkowy i po prostu inny album muzyczny jak (nieoficjalnie) debiutancki Copernicus brytyjskiego artysty Alabaster dePlume.

Jego definicja wymyka się nawet tym, którzy nie posłuchali Franka Zappy i postanowili „zatańczyć o architekturze” ujmując to, co dzieje się na płycie w jakieś sensowne słowa. A dzieje się bardzo, bardzo dużo…

Pierwsze co rzuca się na uszy przy odpaleniu tego dzieła jest liryzm wylewający się dosłownie z każdego wersu. Płytę słucha się jak dobrą opowieść, jak książkę, która przenosi Cię do innego, magicznego świata, w którym bardzo łatwo się zatracić. W czasach gdy Alabaster dePlume nagrywał tą płytę słowo „wholesome” nie było jeszcze tak popularne, ale chyba idealnie pasuje do tego krążka – odpalając go czujemy się jakbyśmy wpadli w objęcia dawno niewidzianego przyjaciela, jakbyśmy przenieśli się do bliżej nieokreślonej, ale naładowanej po brzegi nostalgią przeszłości (co słychać na przykład w otwierającej płytę piosence I Doń’t Know). Jakbyśmy znów chodzili zielonymi ścieżkami dzieciństwa, słysząc gdzieś niedaleko głos krzątającego się po ogródku dziadka.

Oczywiście słychać tutaj, że nie jest to jeszcze w pełni dojrzała płyta, że styl artysty dopiero się krystalizował (pewnie dlatego też nie jest uznawana za jego oficjalny debiut). Ale jednocześnie słychać też pierwotną moc wczesnych pomysłów, pewną surowość, bezkompromisowość w szukaniu własnego brzmienia, jakby Alabaster dePlume dopiero szkicował swoją artystyczną drogę. Całe szczęście dla nas robi to pełnymi, zamaszystymi pociągnięciami muzycznego pędzla, eksplorując różne gatunki bez strachu, bez wstydu i bez zbędnej skromności.

W warstwie brzmieniowej Copernicus operuje estetyką bliską londyńskiej scenie improwizowanej. Dużo tu swobodnego oddechu, nagrań, które sprawiają wrażenie uchwyconych gdzieś pomiędzy wersami. Saksofon, jeśli się pojawia, to nie nachalnie i dominująco (jak na przykład jako dopełnienie do rdzennych, plemiennych dźwięków w piosence Song of the Foundling), ale raczej jak głos prowadzący myśl – czasem pewny, czasem urywany, jakby nieustannie sprawdzający, ile ciszy można jeszcze wpuścić między frazy. I cisza jest tu chyba zresztą słowem kluczowym – widać, że wplatanie jej w muzyczne frazy jest nie tylko czystą zabawą z dźwiękiem (lub jego brakiem) a konkretnym wyborem artystycznym Alabastra dePlume.

Wokalnie pełno tu deklamacji, poezji i melodyjnych pasaży snujących jak dym nad biwakowym ogniskiem (jak np. W utworze Rating My Heart). A z drugiej strony – są momenty gdy deklamowany wokal przeplata się agresywnie z… dźwiękiem maszyny do pisania (dawno nie słyszałem tak dobrze użytych dźwięków przedmiotów codziennego użytku – utwór As Once I Was się kłania). Melodie są nucone, śpiewane, gwizdane, mruczane co daje nam pełen obraz pomysłowości autora.

I właśnie w tej nieustannej muzycznej zmienności, w przechodzeniu od melodii do szeptu, od frazy do ciszy, od słowa do jego cienia, Copernicus ujawnia swój sens – nie jako spójna opowieść, ale jako proces słuchania świata w stanie surowym. To płyta, która nie tyle prowadzi słuchacza, co zaprasza go do współuczestnictwa w czymś niedopowiedzianym, jakby każda sekunda była jeszcze w trakcie powstawania i nie do końca wiedziała, czy zostanie zapamiętana.

Więcej postów z Sztuka