Patrząc na dzisiejszy rynek kosmiczny Rosji trudno otrząsnąć się z wrażenia, że już kiedyś coś podobnego widzieliśmy. Trudno nie zauważyć analogii z końcówki lat osiemdziesiątych, gdy kolos chwiejący się na coraz słabszych nogach, wdychający opary swojej dawnej świetności, trząsł się w delirium tremens własnego, narkotykowego zjazdu (a turbulencje jakie tymi drgawkami wywołał miały ogólnoświatowe reperkusje).
Porównanie może i mocne, ale takie właśnie tezy stawia Kuba Benedyczak w swojej książce Oddział Chorych na Rosję. No i co zrobić, jeżeli patrząc na naszego sąsiada dokładnie takie porównania same cisną się na usta?
Trudno też nie zauważyć, że nawet najbliżsi sojusznicy Rosji widzą jej słabość i przy każdej, możliwej okazji wbijają jej szpilę, żeby tą słabość unaocznić. Nie inaczej było podczas niedawnej wizyty Putina w Chinach (dosłownie kilka dni po Trumpie), podczas której Xî Jingping zaprosił Putina na wspólne oglądanie Jeziora Łabędziego. Jakie konotacje polityczne ma Jezioro Łabędzie? Puszczane jest przez państwową telewizję za każdym razem, gdy w kraju dzieje się jakiś przewrót. Ostatnio w 1991 roku podczas puczu w Moskwie przeciw Gorbaczowowi, który wyniósł do władzy Jelcyna, a więc pośrednio i architekta obecnego „sukcesu” Rosji – Putina.
Ale może po kolei – jak Rosja z potęgi, która ramię w ramię ścigała się o podbój gwiazd z najlepszymi na świecie trafiła do dalekiej, trzeciej lig, występując coraz częściej jako grzeczny petent.
Pierwszy etap – wygrana przez zaskoczenie
W czasach Związku Radzieckiego kosmos nie był ani sektorem gospodarki, ani projektem naukowym w dzisiejszym sensie. Był narzędziem politycznej dominacji i demonstracji technologicznej siły. Gdy w 1957 roku wystrzelono Sputnika, świat po raz pierwszy zobaczył, że przestrzeń kosmiczna nie jest abstrakcją, lecz realnym, namacalnym celem. A chwilę później polem rywalizacji państw oczywiście. Cztery lata w przód i lot Jurija Gagarina tylko utrwalił tę narrację – ZSRR nie tylko uczestniczył w wyścigu kosmicznym, ale przez moment nawet go definiował.
W tamtym systemie nie istniała klasyczna ekonomia projektu. Program kosmiczny był częścią struktury państwa, finansowany był centralnie i traktowany jako element strategii globalnej i pewnego rodzaju prestiż. I choć wyścig o księżyc ZSSR przegrał o włos, to później osiągnął serię przełomów: pierwsze stacje orbitalne Salut i Mir, rozwój załogowych lotów kosmicznych, intensywny program sond międzyplanetarnych (przypomnijmy, że Rosjanie byli pierwsi na Wenus) i dominację w wielu obszarach technologii orbitalnych aż do końca lat siedemdziesiątych i częściowo osiemdziesiątych.
System działał oczywiście tak długo, jak działało państwo, które go stworzyło. Czyli do momentu rozpadu ZSRR.
Rozpad państwa, rozkład wizji
Rozpad ZSRR był dla dołującego już niestety rynku kosmicznego przysłowiowym gwoździem do trumny. Sukcesorka największego komunistycznego państwa na świecie – Federacja Rosyjska – odziedziczyła co prawda technologie, inżynierów i infrastrukturę, ale nie odziedziczyła spójnego organizmu przemysłowego, budżetu a przede wszystkim – nie odziedziczyła wizji silnej Rosji w kosmosie. Co wybrzmiewa zabawnie zwłaszcza w kontekście późniejszej nacjonalizacji wszelkich wizji o potężnej Rosji.
Zakłady produkcyjne znajdowały się w różnych republikach, które z kolei stały się niezależnymi państwami. Łańcuchy dostaw zostały przerwane. Finansowanie spadło gwałtownie. W latach dzięwiećdziesiątych rosyjski budżet kosmiczny uległ redukcji rzędu kilkudziesięciu procent w stosunku do końcowego okresu ZSRR, a część szacunków wskazuje, że realne finansowanie programu spadło nawet o ponad połowę w ciągu dekady.
W praktyce oznaczało to jedno: Rosja przeszła z systemu ekspansji do systemu utrzymania ciągłości (choć łatwiej powiedzieć – do systemu permanentnej reanimacji trupa).
Sojuz i ISS: stabilność zamiast ambicji
W kolejnych dekadach historia wykonała nieoczekiwany zwrot – reanimowany trup, czyli system rakietowy Sojuz (który od lat sześćdziesiątych niezawodnie wynosił obiekty kosmiczne na orbitę Ziemii), dopracowany i w sumie bardzo bezpieczny, został przez chwilę… jedynym systemem zdolnym do regularnego transportu astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Koszt jednego miejsca w kapsule Sojuz wynosił w tamtym okresie około 80–90 milionów dolarów, co czyniło Rosję kluczowym (choć nie jedynym) dostawcą usług orbitalnych.
I chociaż Roscosmos był instytucją, która utrzymywała istniejącą infrastrukturę, to zabrakło wspomnianej wcześniej wizji, która pozwoliłaby wyznaczać nowe kierunki eksploracji kosmicznej.
Dodatkowo, choć Rosja pozostaje uczestnikiem rynku kosmicznego to jej udział systematycznie maleje.
Globalna gospodarka kosmiczna w 2024 roku była szacowana na około 600 miliardów dolarów, z prognozami nawet do 1,8 biliona dolarów do 2035 roku. W tym układzie rosyjski sektor odpowiada dziś za około 1-1,5% globalnej wartości rynku kosmicznego – marginalnie niewiele…
Budżet Roscosmosu w ostatnich latach oscyluje wokół 4 miliardów dolarów rocznie, podczas gdy budżet NASA w roku fiskalnym 2025 wynosi około 24,8 mld USD. Porównajcie sami…
Równocześnie liczba rosyjskich startów orbitalnych w ostatnich latach wynosi około 15-20 rocznie, podczas gdy USA – głównie dzięki sektorowi prywatnemu – wykonują ich nawet setki razy więcej.
Zmiany reguł gry na rynku kosmicznym
Przez dekady Rosja zarabiała istotną część przychodów na rynku wynoszenia ładunków. W pewnym momencie posiadała znaczący udział w globalnych komercyjnych startach rakietowych. Jednak pojawienie się modelu wielokrotnego użycia rakiet oraz wejście firm prywatnych, takich jak SpaceX, zmieniło ekonomię całego rynku.
Koszt wyniesienia 1 kilograma ładunku na orbitę w klasycznych systemach rosyjskich i zachodnich wynosił często 10000-20000 dolarów. W przypadku systemów takich jak Falcon 9 spadał do poziomu około 2000-3000 dolarów za kilogram, w zależności od misji i konfiguracji.
Chyba jasne jak na to zareagował światowy przemysł kosmiczny – udział Rosji w globalnym rynku komercyjnych startów systematycznie malał, z poziomów istotnych w pierwszej dekadzie XXI wieku do kilku procent w ostatnich latach.
Symbolicznie proces ten najlepiej widać w miejscu, które przez dekady było sercem radzieckiego i rosyjskiego programu kosmicznego – kosmodromie Bajkonur.
To stąd startował Sputnik i Gagarin, ale dziś Rosja nie posiada pełnej suwerenności nad tym obiektem, ponieważ znajduje się on na terytorium Kazachstanu i jest przez Rosję… dzierżawiony.
2022 i przyspieszenie izolacji i…
Wojna w Ukrainie będąca najbardziej spektakularnym, geopolitycznym samobójem ostatnich lat znacząco przyspieszyła istniejące wcześniej ograniczenia.
Sankcje technologiczne ograniczyły dostęp do zaawansowanych komponentów elektronicznych, systemów nawigacyjnych i technologii precyzyjnych. Wstrzymano lub zamrożono współpracę z Europejską Agencją Kosmiczną, a programy takie jak ExoMars zostały anulowane.
W efekcie Rosja została częściowo odcięta od globalnych łańcuchów technologicznych, które przez dekady były istotnym elementem jej zdolności operacyjnych w kosmosie.
…2025 awaria na lata
Symbolicznym momentem całego procesu okazał się jednak Bajkonur. W listopadzie 2025 roku, po starcie misji Sojuz MS-28 na Międzynarodową Stację Kosmiczną International Space Station, doszło do poważnego uszkodzenia jedynej platformy przeznaczonej do rosyjskich lotów załogowych. Według analiz zniszczeniu uległy kluczowe elementy infrastruktury kompleksu startowego nr 31 – ostatniego certyfikowanego stanowiska do obsługi załogowych startów Sojuzów. Eksperci oceniali wtedy, że naprawa może potrwać od kilku miesięcy do nawet dwóch lat, a Rosja po raz pierwszy od lotu Gagarina tymczasowo utraciła zdolność wysyłania ludzi w kosmos. I choć czarne scenariusze się nie potwierdziły, bo naprawy zakończono już 3 marca 2026, to incydent dość mocno pokazał kruchość systemu kosmicznego w Rosji.
Co dalej?
Jaki jest endgame Rosji? Ciężko zgadnąć, ale śmiemy wątpić, że na Kremlu też mogą tego nie wiedzieć. Nie wygląda na to, żeby Rosja miała znów stać się kosmiczną potęgą (ani w ogóle żadną potęgą), a artykuł ten niech będzie przestrogą – jak bardzo można zmarnować swoje doświadczenie i zasoby serią tragicznych decyzji.